RSS
niedziela, 20 października 2013

Kaszle mama. I cztery kaszlaki są.

Kaszląteczko najmłodsze wczesnym świtem obudził głód. Biedne i głodne tata uratował, aby pospać mogła mama.

Kaszlątko drugie z kolei też wstało, zjadło płatki i poszło sprawdzić jakość maminego snu. Śpisz? A dlaczego? A czemu to jest zielone? A brązowe? A tata czemu nie śpi?

I poszło znów jeść płatki.

Kaszlątko pierwsze spało. I wcale nie miało zamiaru się obudzić, aby z psem na spacer iść.

Kaszlątuś trzeci chciał bananka.

W tym czasie kaszląteczko najmłodsze chciało teraz, już pić! Soku!

Kaszlątko pierwsze już obudzone nadal nie było zainteresowane psem. Natomiast wraz z kaszlątkiem drugim pożarły zapas płatków na tydzień.

Kaszlątuś chciał pić.

W tym czasie kaszląteczko najmłodsze zgłodniało znów. A trzeba wiedzieć, że najmłodsze kaszląteczko głos ma donośny, a ton nie znoszący sprzeciwu.

 

Kaszlątka cztery. I kaszląca mam.

 

Biedny, biedny nie kaszlący tata.

13:36, mamamaria3
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 października 2013

Się to takie domowe coś. Coś takiego jak kaloria - nie widać,ale jest.

Się mieszka sobie w naszym domku, i chyba nawet ma rodzeństwo i rodziców. To chyba rodzina sześcioosobowa jest. I to się bardzo się panoszy. Ciągle coś rozlewa. Albo tłucze. Gubi. Szczególnie upodobało sobie kredki, gumki i ołówki. I czapkę ostatnio porwało. I kapcie. O kapcie lubi bardzo i wyjątkowo. Szczególnie pewne zielone. I narzędzia mężowskie podbiera. I nawet oddaje,ale nie odkłada na miejsce. Okropnie uciążliwe jest.

Wkładam nowe kredki do piórnika i znikają. Wkładam czapkę na kaszlącą łepetynę - czapki brak. Odkurzyłam - nakruszone. Wytarłam - rozlane. Poukładałam - rozrzucone. Zapanować nie można.

I mam podejrzenia, że się chodzi z mężem do pracy, a z dziećmi do szkoły. I aż się boję wsiąść do samochodu, że ze mną pojedzie.

Kalorie mieszkają w szafie, a się gdzie?

20:09, mamamaria3
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 października 2013

Buty. Jak tylko wchodzimy do mieszkania to je widać. Po prostu są. Nawet ułożone zajmują dużo miejsca. I kurtki. Wiszą sobie na dosyć pojemnym wieszaku. Ale tak jakoś ciasno. Zimą ciaśniej.

Codzienne pieczenie chleba. Albo bułeczek. A garnki muszą 5-6 litrowe.

2-3kg ziemniaków lub 2 paczki makaronu.

Duży samochód. I zawsze dużo bagażu - nawet na wyjazd weekendowy.

Pranie - codziennie. Dzień bez prania to dzień stracony.

Wiele osób pyta ze współczuciem czy ciężko i z politowaniem kiwają głowami. Ciężko? Tak, ciężko było gdy pojawiło się pierwsze dziecko. Bardzo. Bywały dni gdy byłam nieprzytomna ze zmęczenia. W drugiej ciąży - poza radością - towarzyszył mi niesamowity lęk - jak ja sobie poradzę? Poradziłam sobie lepiej niż przypuszczałam. Przy trzecim było luksusowo. A czwarty noworodek był wpisany w plany wakacyjne. I wreszcie mam czas pisać.

Ciężko? Wreszcie nie muszę wychodzić z psem, ani smarować blachy do ciasta, parować skarpetek i jeść samotnie posiłków. Zawsze znajdę towarzystwo do wyjścia na spacer czy zakupy. Ba, małe zakupy przyjdą same.

Jest wesoło i gwarno. Rozmowy. Dużo rozmów. Szum i harmider. Tłok robimy w kinie. Zakupy tylko zgrzewkami.  Duży stół. I minimum 6 krzeseł. Święta. Pieczenie ciasteczek. Tupot niecierpliwych nóżek, które powinny spać.

 

 

 

Decydują się na trzecie dziecko nie wiedziałam, że stworzymy rodzinę wielodzietną. Rodzinę 3+. Myślałam, że rodzice z szóstką dzieci to rodzina wielodzietna. I zapewne rodzice piją. I są niedomyci.  Z papierosem w zębach. A dzieci w niebyt czystych ubrankach biegają po okolicy - bez nadzoru.

Dlaczego "rodzina wielodzietna" nie brzmi dumnie?

12:08, mamamaria3
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 października 2013

Decydując się na urodzenie dziecka jesteśmy od razu na przegranej pozycji. Kto się ucieszy? Ojciec dziecka, najbliższa rodzina, znajomi - i to nie zawsze i przy dziecku nr 1,ewentualnie nr 2. Jeżeli chcemy dziecko nr 2 najlepiej wykombinować dziecko odmiennej płci - "parki" są lepiej widziane. Dziecko nr 3, 4 witane są mniej przychylnie, na ogół "znów?", "o matko!".

Ucieszy się jeszcze ginekolog - ten prywatny. Prywatna położna. I tyle. Pracodawca się nie cieszy. Pogratuluje, ale to naprawdę nie jest powód do radości. Nawet jeżeli kobieta nie pójdzie na zwolnienie to istnieje prawdopodobieństwo, że będzie mniej wydajna, dyspozycyjna i będzie się zwalniać na badania. I urodzi. Czyli macierzyński.

Po macierzyńskim mamy wybór:

wracamy do pracy. Zanim wrócimy musimy przemyśleć czy żłobek czy niania. Każda decyzja jest zła. Żłobek to choroby i wyrzut społeczeństwa. A niania zabiera praktycznie całą pensję. I w pracy szef i tak nas nie lubi - dziecko = zwolnienia, spóźnienia i brak dyspozycyjności. A jak karmimy piersią to przerwa dodatkowa się należy! Pamiętajmy uzgodnić z dzieckiem ile dni zamierza chorować w roku i uprzedzić je, że jest w tej kwestii limit. Cud jak jest mobilna babcia (lub dziadek), ale to coraz większa rzadkość. Instytucja babci wymiera.

 

nie wracamy do pracy. I absolutnie przestajemy się liczyć. Nie mamy prawa do niczego. Natomiast "siedzimy i się nudzimy". Dla społeczeństwa matka zostająca w domu to porażka. Jak już mamy dosyć siedzenia możemy dziecko posłać do klubiku lub przedszkola. Jeżeli nie mieszkamy w zapadłej dziurze szansa jest tylko na przedszkole prywatne. A jeżeli chcemy znaleźć pracę posyłamy do prywatnego i dopiero jak ją już mamy możemy posłać do państwowego. Ale jeżeli mamy męża szanse maleją. I prawdopodobnie znikną całkiem w myśl ustawy - pracujesz to cię stać, więc płać.

Jak już jesteśmy w domu z nudów możemy założyć działalność gospodarczą. Absolutnie robimy to z nudów - bo co możemy usłyszeć? "A poszyłaś sobie, tak?" " a to tylko spakować, na pocztę pójść, co a robota". Konsultacje = spotkanie z koleżanką.  I choćby matka pracowała na swoim 72h na dobę to i tak siedzi i nic nie robi. Za to ZUS i US nas pokocha, szczególnie jak się nam skończy ZUS preferencyjny.  Płacimy. Ale zanim zachorujemy (my lub nasze dziecko) zastanówmy się czy nas na to stać?

Wreszcie posyłamy dziecko do szkoły - robimy wielkie uffff, udało się, idziemy na etat. Pamiętajmy tylko, że musimy pracować w godzinach pracy świetlicy.  Jeżeli mieszkamy w tzw. "sypialni"  jest prawdopodobieństwo, że nie zdążymy do 17.00.

 

Tak, myślę, że decyzja o dziecku wymaga szaleństwa.

I mam podejrzenia, że moja decyzja o macierzyństwie wynika u mnie ze zbitych termometrów w dzieciństwie. Nasze dzieci będą miały łatwiej - termometry rtęciowe zostały wycofane. Nie nawdychają się. I może nawet odłożą na starość.

 

Prawie identyczny mój wpis jest też na forum chustowym

10:58, mamamaria3
Link Dodaj komentarz »

Dlaczego 4 świece? Są te świece od Chrztu naszych pociech wciśnięte do szafki z ręcznikami. Nie mają żadnej honorowej półeczki. A powinny. I jak je widzę to mi szkoda, że takie wciśnięte i że cztery tylko. Jak by było 12 musiałyby mieć oddzielną półkę. A cztery zawsze gdzieś się upchnie...

00:01, mamamaria3
Link Dodaj komentarz »